Gruzja i Armenia 2012
Patryk Dominik, 14 grudnia 2012
Za każdy razem, gdy wracam myślami do ostatniej wyprawy mam przed sobą krainę, w której góry, morze, religia i kultura tworzą magiczną mieszankę nazywaną przez samych mieszkańców – Sakartwelo, czyli Gruzja. Państwo położone w obrębie Kaukazu Południowego, którego początki sięgają IV w n.e., wielokrotnie najeżdżane, uciskane i nawiedzane licznymi wojnami oraz klęskami żywiołowymi. Było świadkiem upadków i powstań wielu mocarstw. Zdołało zachować niezależność i przetrwać do dziś. Przez miesiąc miejsce to było naszym poligonem badawczym, drugim etapem rozpoczętego w ubiegłym roku w Albanii projektu badawczego pn. „Analiza porównawcza stref orogenicznych alpidów. Dynarydy – Kaukaz”.



Po pięciodniowej tułaczce przez Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię oraz Turcję dotarliśmy do portowego miasta – Batumi, skąd rozpoczęła się nasza wyprawa naukowa. Jednodniowy postój na plaży pozwolił na regenerację sił i już następnego dnia ruszyliśmy w stronę miasta Mestii położonego u podnóża Kaukazu Wysokiego. Intensywnie rozwijające się turystycznie miasto z pewnością za kilka lat będzie przypominać nasze Zakopane, tym bardziej, że obecnie oblegane jest przez wielu polskich turystów. Pierwszymi spotkanymi Polakami była grupa studentów geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego, z którymi przez kilka dni dzieliliśmy dzikie pole namiotowe. Kilka dni spędzonych w okolicach miasta minęło na aklimatyzację oraz obserwacje „żywej geologii” w postaci lodowców górskich oraz licznie występujących tam źródeł wód mineralnych (głównie szczaw).

Kolejnym punktem wyprawy była jedna z najdzikszych i najbardziej niedostępnych osad w całej Gruzji – Uszguli (2000 m n.p.m.). Dostać się tam można kilkunastokilometrową drogą wkutą w skalnych zboczach, bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Naszemu kierowcy pokonanie traktu zajęło niemal cały dzień. Przejazd tą trasą dla wielu z nas był jednym z najbardziej ekstremalnych przeżyć podczas całego obozu. Sama osada usiana masywnymi wieżami obronnymi wyglądała jakby czas zatrzymał się tu w średniowieczu. Po rozbiciu obozu i wstępnym rozpoznaniu terenu, podzieliliśmy się na mniejsze grupy, z których każda zajęła się innym zagadnieniem. I tak część z nas ruszyła pod lodowiec Shary, kolejna grupa zajęła się poszukiwaniem żył kwarcowych w obrębie pobliskich masywów, a jeszcze inna podążając doliną rzeczną obserwowała procesy akumulacji rzecznej. Niepowtarzalny klimat tego miejsca, życzliwość miejscowej ludności oraz chęć szerszego rozpoznania okolicy spowodowała, że najchętniej spędzilibyśmy tu pozostałą część wyprawy, ale z uwagi na plan obozu wyruszyliśmy dalej.



Posuwając się na wschód dotarliśmy do drugiego co do wielkości miasta w Gruzji – Kutaisi. Błyskawiczne zwiedzanie, drobne zakupy i w krótkim czasie stanęliśmy przed bramą rezerwatu „Góry Sataplii”. Słowa „dzień dobry, zapraszam” wypowiedziane przez przewodnika nie wywarło już na nas wrażenia, w końcu tylu tu Polaków. W muzeum znajdującym się w rezerwacie chronione są ślady pozostawione przez dinozaury. Starsze tropy mięsożerców pochodzą z przed 145 mln lat, natomiast młodsze dinozaurów roślinożernych leżące powyżej mają „zaledwie” 65 mln lat. Dodatkowo w rezerwacie chroniona jest jaskinia krasowa oraz fragment pierwotnego lasu bukszpanowego, niegdyś występującego w najbliższej okolicy.

Najmłodsze oligoceńskie osady, w obrębie których się znaleźliśmy, to serie złożowe, a dokładniej była to seria utworów węglanowych wzbogaconych w mangan. W latach komunistycznej świetności główne wydobycie tego surowca skupiało się w okolicach miasta Chiatura. Dziś opustoszałe, podupadłe, z kilkoma podziemnymi kopalniami, nie przypomina w żaden sposób dawnego centrum górniczego Gruzji. Pozostając przy temacie epoki socjalizmu, nie mogliśmy ominąć miejsca, z którego pochodził i w którym obecnie znajduję się muzeum jednego z przywódców Związku Radzieckiego, mianowicie Józefa Stalina – Gori. Muzeum przepełnione popiersiami, portretami i zdjęcia „wielkiego przywódcy”  nie zmieniło się od czasu powstania. Również sposób w jaki przedstawia się tam postać Stalina znacznie odbiega od tego co wiemy dzisiaj. Największe zainteresowanie podczas zwiedzania muzeum wzbudziła w nas okładzina wykonana z bardzo efektownego jaspisu pejzażowego.



Zbliżając się coraz bardziej w stronę stolicy, noc spędziliśmy na przedmieściach Tbilisi u wybrzeża jeziora zwanego przez mieszkańców „Morzem Tbiliskim”. Następnego dnia zwiedzanie rozpoczęliśmy od starego miasta. Założone zostało, jak głosi legenda przez króla Wachtanga Gorgasali w V w n.e., który miał podczas polowania natrafić na gorące źródła dające początek miastu. Nie wiadomo ile jest prawdy w tym podaniu, pewne jest to, że występują tu siarkowe źródła termalne, przy których rozwinęły się z sukcesem działające do dziś łaźnie. Nad miastem górują ruiny twierdzy Narikala, niegdyś centrum obronnego stolicy, teraz pełniącego funkcję znakomitego punktu widokowego. Jak przystało na stolicę, mieści się tu pałac prezydencki z jego charakterystyczną błękitną kopuła, strzeżony przez liczne służby mundurowe. Bez wątpienia Tbilisi jest centrum kultury i religii, o czym świadczą liczne biblioteki, uniwersytety oraz cerkwie.

Zmęczeni zbyt długim przebywaniem w miastach, poprzez Mcchete i Ananuri, znów ruszyliśmy w stronę Kaukazu. Jadąc Gruzinśką Drogą Wojenną poniżej przełęczy Krzyżowej, zatrzymaliśmy się przy trawertynie, skale która powstaje na skutek wytrącania się substancji mineralnych rozpuszczonych w wodzie. Około południa udało nam się dotrzeć do kolejnego celu, czyli miasta Kazbegi. Górujący ponad resztą szczytów Kazbek (5033,8 m n.p.m.) stanowi największą atrakcję wspinaczkową Gruzji. Sam w sobie jest drzemiącym wulkanem. Ostatnia aktywność miała miejsce około 6 tys. lat temu, o czym przypominają wyziewy gorących gazów wulkanicznych występujące często w obrębie masywu. Nasz przyjazd podyktowany był chęcią obserwacji licznie występujących tu procesów wulkanicznych związanych w wypiętrzaniem się Kaukazu. Aby tego dokonać zaplanowano wejście pod byłą stację meteorologiczną wybudowaną pod samym szczytem. Wymarsz o wczesnych godzinach porannych miał nam pozwolić na powrót przed zmrokiem. Droga prowadziła przez wyżej legła wioskę Gergeti, do pierwszego naszego postoju na wzniesieniu, gdzie usytuowany jest klasztor Św. Trójcy. Ostry marsz pod górę spowodował, że cześć z uczestników postanowiła zawrócić na przełęczy przy dolinie lodowcowej. Bardziej wytrwali po pokonaniu wąskiego, lecz niezwykle rwącego górskiego potoku, krok za krokiem zbliżali się  do lodowca schodzącego ze szczytu. Silnie wiejący wiatr i szczeliny nie ułatwiały przemarszu po lodowcu. Chęć zdobycia stacji była jednak większa i po kilkunastu godzinach stanęliśmy przy budynku stacji. Długa jednopiętrowa budowla, przypominająca swym wyglądem barak, była miejscem gdzie przyszli zdobywcy szczytu mogli zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze rzeczy, które na swoich grzbietach przytaszczyły tu konie. Dookoła ustawione były namioty alpinistów osłonięte przed wiatrem prowizorycznymi murami z kamieni. Jak na takie miejsce panował tu dość spory ruch, jedne z ekip wracały ze szczytu, inne szykowały się do „ataku”. Z powodu małej ilości czasu jaka pozostała do zachodu słońca nie mogliśmy zbyt długo cieszyć się tym miejscem. Kilka zdjęć, pobranie próbek i zejście do bazy, gdzie po powrocie kosztowaliśmy specjałów kuchni gruzińskiej.



Mając już za sobą prawie pół obozu opuściliśmy Kaukaz Wielki i udaliśmy się w stronę Kaukazu Małego, zbliżając się coraz bardziej do granicy z Armenią. Noc spędziliśmy w okolicy Dmanisi. Miejscowość ta jest znana wśród wszystkich paleontologów na całym świecie z uwagi na szczątki jednego z najstarszych naczelnych „Homo georgicus”, których wiek określono na 1,8 mln lat. Granice gruzińsko- armeńską przekroczyliśmy niedaleko miejscowości Guguti. Wykupienie wiz i wypełnienie niezbędnych dokumentów przy 13-osobowej grupie zajęło sporo czasu. Armenia położona jest w 90% na wysokości przekraczającej 1000 m n.p.m., jest najstarszym chrześcijańskim państwem na świecie. W swojej wielowiekowej historii wykształciła niepowtarzalną kulturę. Wielokrotne wojny spowodowały że znaczna część Ormian mieszka poza granicami kraju. Nasz pierwszy nocleg spędziliśmy na wybrzeżu jeziora Sevan. Największy słodkowodny zbiornik wody w Armenii, którego temperatura nie zachęcała do długich kąpieli, w swojej przeszłości były obiektem dosyć szalonego pomysłu. W latach 50-tych ubiegłego wieku sowieci w ramach programu hydrologicznego obniżyli pierwotny poziom wód o 20 metrów. Z naszego punktu widzenia jezioro były bardzo ważnym punktem naszej wyprawy, ponieważ w jego pobliżu znajdował się ofiolit strefy Sevan-Akera. Ofiolit, czyli fragment skorupy oceanicznej i górnego płaszcza Ziemi, który w wyniku procesów tektonicznych został wyniesiony na powierzchnię. W tym obszarze reprezentowany przez skały wulkaniczne i osadowe, których wzajemny kontakt mogliśmy oglądać na pobliskich wzgórzach. Armenia leży na obszarze aktywnym sejsmicznie, czego dowodem mogą być częste trzęsienia Ziemi. Pozostając dalej w obrębie strefy ofiolitowej, udaliśmy się do wąwozu Garni. Symfonia skał, jak zwykło się mówić o wielkich słupach bazaltowych budujących kanion, jest dowodem intensywnego wulkanizmu w niedalekiej przeszłości geologicznej. Dalej poprzez Erewań, stolicę Armenii udaliśmy się w stronę najwyższego szczytu, wygasłego wulkanu – Aragac. Szczyt wznoszący się na wysokość ponad 4000 m n.p.m. był dla nas ostatnim i zarazem najwyżej położonym punktem podczas obozu naukowego.
 
Obóz naukowy SKN Geologów w Gruzji i Armenii odbył się dniach 27.07 – 29.08.2012. Wzięła w nim udział grupa 12 studentów geologii oraz opiekun koła dr Waldemar Sroka. Studenci dziękują wszystkim za merytoryczną i finansową pomoc, która umożliwiła organizację wyjazdu.

Artykuł zostanie opublikowany w najbliższym numerze Przeglądu Uniwersyteckiego.
update: 2013-05-28 21:11:35
SKN Geologów UWr © 2016 - Wszystkie prawa zastrzeżone
System by karo-net.pl | Logo by wojciech.zasina.net